#HistorieKobiet

Dość milczenia na temat systemowej dyskryminacji kobiet w dostępie do usług zdrowia reprodukcyjnego! Chcemy nagłaśniać przypadki nadużyć. Chcemy zwiększać świadomość społeczną na temat skali tego zjawiska. Chcemy wykorzystać Wasze świadectwa w walce o egzekwowanie praw kobiet. Potrzebujemy do tego osobistych historii. Skontaktuj się z nami (federacja@federa.org.pl), jeżeli zablokowano Ci dostęp do należnych świadczeń:

  • legalnej aborcji,
  • skierowania/ wykonania badań prenatalnych,
  • wydania lub zrealizowania recepty na antykoncepcję.

Możesz też poinformować o naszej kampanii #HistorieKobiet znajome chętne, by opowiedzieć o swoich przejściach.

Przedstawione poniżej historie to jedynie czubek góry lodowej. Codziennie w Polsce zdarza się bardzo wiele podobnych.

HISTORIA NADUŻYCIA WŁADZY

[Historia przesłana mailowo]

Byłam w związku od 3 lat. Nie układało nam się, niestety, nastoletnia miłość okazała się nie być tym, czego potrzebuję, gdy dorosłam. Mój partner był niedojrzały życiowo, wiedziałam, że nie dam rady założyć z nim rodziny. Nosiłam się z zamiarem rozstania, potem znów nabierałam nadziei, że to przejściowe… Typowe myślenie zakochanej, młodej dziewczyny. Niestety, w międzyczasie zawiodła antykoncepcja mechaniczna (z hormonalnej nie mogłam korzystać długotrwale, ze względów zdrowotnych – każdy okres brania tabletek powyżej 3 miesięcy kończył się bardzo złymi wynikami wątrobowymi z krwi). Jako młoda dziewczyna, wiedząca, że nie jest w stanie zapewnić godnych warunków bytu dziecku, która przecież stosowała antykoncepcję po to, by tego dziecka na świat nie powoływać – zdecydowałam się na poszukiwanie lekarza, który wypisze mi receptę na antykoncepcję awaryjną. Ponieważ mieszkam w małej miejscowości i zdawałam sobie sprawę z tego, że nie przeszłoby to niezauważone (nie mam zaufania do lekarzy znajdujących się w ośrodku zdrowia prowadzonym w najbliższym miasteczku) – znalazłam pomoc dzięki grupie „Lekarze Kobietom”. Pojechałam z partnerem do oddalonego o 70 km od mojego domu miasteczka, w którym nikt mnie nie znał. Lekarka, która tam przyjmowała, była bardzo uprzejma i wzbudzała zaufanie, udzieliła mi wsparcia w postaci wypisania recepty (oczywiście po obejrzeniu formularza, który wypełniłam i przeprowadzeniu krótkiego wywiadu lekarskiego) i po prostu kilku zdań, zapewniających mnie, że nikt mnie nie nie będzie oceniał, że patrząc na to, jak szybko zareagowałam, tabletka ma bardzo duże szanse zadziałać. Horror zaczął się później. Poszłam do najbliższej apteki, zaraz naprzeciwko ośrodka zdrowia, w którym przyjmowała lekarka. Przywitałam się, podałam receptę farmaceutce i… usłyszałam kategoryczne „TAKICH specyfików nie sprzedajemy”, okraszone obrzydzonym wyrazem twarzy. Zabrałam receptę, odwróciłam się do wyjścia, pożegnałam się… i usłyszałam jeszcze, jak pracownice podszeptują między sobą: „Pewnie młodociana dziwka”, „puszcza się to teraz ma”… Gdyby nie aktualna sytuacja i waga czasu w tym momencie, pewnie bym się odwróciła i coś odszczekała. Jednak byłam w za słabej kondycji psychicznej na kontrę lub złożenie skargi. Wróciłam do samochodu, gdzie czekał mój partner (na moje wyraźne życzenie – chciałam pójść sama). Zaczęliśmy krążyć po mieście, wyszukując kolejne apteki. Okazało się, że cała sieć aptek „nie sprzedaje TAKICH specyfików” i ma pracowników, którym zbyt łatwo przychodzi ocenianie kogoś na podstawie tego, czego poszukuje… Czas zaczynał nas naglić, zajechaliśmy do ostatniej z aptek w mieścinie. Okazało się, że prowadzą ją znajomi mojego partnera, jeszcze z czasów szkolnych. I to oni poratowali nas, nie oceniając i informując, że zawsze mają 3-4 opakowania konkretnego leku antykoncepcji awaryjnej na stanie, gdyby kiedyś ktoś potrzebował (w mailu do „Lekarze Kobietom” podpowiedziałam, żeby kierować kobiety szukające pomocy do tej apteki, żeby nie musiały przechodzić tego, co ja).

Zdaję sobie sprawę, że gdyby na moim miejscu była dziewczyna w podobnej sytuacji, lecz bez wsparcia – mogłoby to się skończyć tragicznie. Sama zbierałam się psychicznie i emocjonalnie po zaistniałych sytuacjach w aptekach przez dobre kilka dni. Nie przez wzięcie antykoncepcji awaryjnej, tylko przez podejście osób pracujących, jakby nie było, w zawodzie zaufania publicznego, jakim jest farmaceuta. To, co przeżyłam, nie powinno mieć miejsca. Ktoś słabszy psychicznie, w gorszej sytuacji, bez wsparcia, mógłby tego nie wytrzymać…

Historia walki o własne życie

[Historia przesłana mailowo]

Jestem mężatką i matką trzyletniego chłopca. Ginekolog odradzał mi koleją ciążę, istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie ona zagrażać mojemu zdrowiu, a nawet życiu. Nie mogłam zabezpieczać się antykoncepcją hormonalną. Używaliśmy z mężem prezerwatyw. Niestety, ta metoda okazała się niewystarczająco skuteczna. Gdy zaszłam ponownie w ciążę, z jednej strony cieszyłam się, chciałam mieć drugie dziecko, ale wiedziałam też, że nie mogę ryzykować. Miałam już  małego synka i bałam się, że Jaś będzie się wychowywał bez matki. Ginekolog potwierdził ciążę i stwierdził, że w związku z moim stanem zdrowia przysługuje mi prawo do legalnej aborcji. Nie wiedziałam wtedy, że ciążę można przerywać legalnie tylko we wskazanych przypadkach. Kiedy starałam się znaleźć lekarza, który wykona zabieg, przeżyłam koszmar, każdy odmawiał. Od ordynatora w jednym szpitalu dowiedziałam się, że to szpital katolicki, że wszyscy lekarze są wierzący i nie ma tu takich zabiegów, jak w ogóle mogę o to prosić. Byłam załamana, miałam sprzeczne informacje o tym, co można, a czego nie. W końcu jeden lekarz z tego szpitala powiedział, że prywatnie można taki zabieg załatwić. Zaczęliśmy z mężem szukać informacji w internecie. Znaleźliśmy szereg ogłoszeń „przywracanie miesiączki”, „pełen zakres usług ginekologicznych”. Umówiliśmy się z lekarzem. Poinformował nas, że zabieg będzie kosztował 3 tysiące złotych. Wiedzieliśmy, że to nielegalne. Ale lekarz zapewniał mnie, że po kilku godzinach będzie po wszystkim, opowiadał historie innych pacjentek, które znalazły się w podobnej sytuacji. Zapewniał, że nie doczekam się przerwania ciąży w państwowym szpitalu, że ma takich pacjentek jak ja na pęczki, że lepiej zapłacić i mieć to szybko z głowy niż użerać się z systemem. Byliśmy przerażeni, ale decyzja była już podjęta. Z jednej strony czułam strach przed robieniem tego nielegalnie, ale z drugiej strony myśl o angażowaniu w to kolejnych osób, prowadzenie rozmów z kolejnymi lekarzami, wyczekiwanie na termin w szpitalu przerażała jeszcze bardziej. Chcieliśmy mieć to jak najszybciej za sobą. Zapłaciliśmy trzy tysiące i się zaczęło. Lekarz poinstruował nas, że w razie komplikacji możemy pojechać na ostry dyżur po pomoc, ale tylko wtedy, gdy nie będę mogła już wytrzymać. Nie dostałam znieczulenia. Zwijałam się bólu przez dwie doby po zbiegu. Wiedziałam, że muszę to przetrwać, bardzo bałam się konieczności konsultacji z lekarzem, bałam się, że ktoś się zorientuje. Mimo, że mój mąż był przy mnie cały czas, czułam się z tym bardzo samotna. Po wszystkim poczułam ulgę. Czasem jeszcze o tym myślę, ale nadal nie umiem o tym z nikim rozmawiać. Nawet z mężem, choć to była nasz wspólna decyzja.

Historia samotności i braku wsparcia:

[Historia przesłana mailowo]

Przypadek, który opiszę jest tragiczny. Dotyczy on dziewczyny, którą znam i do teraz nie mogę otrząsnąć się z jej historii i tego, co przeżyła ze względu na brak prawidłowej edukacji seksualnej w szkole oraz na brak możliwości rozmowy o seksie z bliskimi oraz z pedagogami.

Sytuacja zaczęła się od momentu, kiedy owa koleżanka, nazwę ją Ela, zaczęła spotykać się ze starszym od siebie o 2 lata chłopakiem. Związki, jak to związki, czasem było lepiej, czasem gorzej, po roku bycia ze sobą „zamieszkała” z nim. Jego rodzice byli rozwiedzeni, tata pracował na morzu, więc nie było problemów, by mogli spędzać noce i dnie razem u niego. I wtedy to się stało, w momencie kulminacyjnym ich związku, do którego Ela nie chciała wracać, dowiedziała się, że jest w ciąży.

18-letnia Ela w ciąży, uczennica technikum na wysokim poziomie, dziewczyna marząca o studiach matematycznych, znająca dobrze dwa języki obce. Popełniła błąd, tak, seks to decyzja dwóch osób, które są w stanie przyjąć konsekwencje, tak przynajmniej jest w teorii.

W praktyce wygląda to inaczej. O jej ciąży dowiedział się jej chłopak i jego ojciec, jej rodzice nie mieli o niczym pojęcia. Podjęli decyzję: dziecko to błąd. Tata chłopaka zamówił tabletki z tzw. afrykańskiej stronki, 50 euro i załatwione. Chłopak i Ojciec byli zadowoleni, Ela również, bo ona sama nie chciała tego dziecka, nie chodziło o naukę, chodziło o ojca tego dziecka.

Był narkomanem, miał problemy psychiczne. To był bardzo toksyczny, wypełniony namiętnością, dziecinny związek. Podczas 2 miesięcy ciąży Ela czuła się okropnie, w autobusach rzygała, na przystankach rzygała, nie mogła nic jeść, a jednak wciąż chodziła do szkoły, nie chciała, żeby się ktoś dowiedział. Kiedy przyszła tabletka sama bez nikogo wokół ją wzięła, nie mogła powiedzieć mamie, nikomu, o tym, co zamierza zrobić, wiec była w tym całkiem sama. Tabletkę wzięła pod prysznicem, takie były porady w Internecie.

Ela przez 7 godzin krwawiła i rzygała pod prysznicem w mieszkaniu swojego chłopaka.

Bez wsparcia żadnej kobiety, bez wsparcia szkoły, która powinna mówić o edukacji nt. seksu, życia. Na tych lekcjach słuchamy tylko o Bogu, na początku dają dziewczynkom podpaski, a potem zaczyna się nacisk w stosunku do dziewczynek, usilne uświadamianie małych dzieci do roli matki, gospodyni, kury domowej.

I jaką traumę to wywiera przy nieplanowanej ciąży? Kiedy nastolatka dowiaduje się o niej i z jednej strony wie, że tego nie chce, ale z drugiej ma w głowie te wszystkie wciśnięte wartości przez katechetki, nauczycieli WdŻ. Wtedy zaczyna myśleć, że jest nienormalna, skoro nie chce dziecka, że nie jest taka jak jej mama lub babcia, nie spełni wymagań przyszłego męża, ojca i bardzo źle wpływa to na jej psychikę. Taka kłótnia ze swoim własnym wykształconym poglądem a poglądem wciskanym przez lata w szkole.

Przeżycie tego wszystkiego plus skończenie związku z owym chłopakiem, „powrót” do rodziców… Ela wszystko trzymała w sobie.

Piszę do państwa tę wiadomość w celu przestrogi i pokazania, jak bardzo polska młodzież, młode kobiety potrzebują środowiska godnego swojemu ciału i duszy, środowiska, które nas wesprze, a nie odrzuci za „morderstwo”.

Historia odmowy pomocy ze szpitala we wschodniej Polsce (Interwencja Federacji):

24-letnia kobieta w 12. tygodniu drugiej, planowanej ciąży zgłosiła się do szpitala ze skierowaniem do hospitalizacji i wynikiem badania lekarskiego, na którym uwidoczniono nieprawidłową czaszkę płodu z wyraźnym jej zdeformowaniem w zakresie twarzoczaszki, w okolicy czołowej widoczne elementy mózgowia poza sklepieniem czaszki, asymetria struktur centralnego układu nerwowego (CUN) – podejrzenie poważnej wady płodu w zakresie CUN. Rozpoznanie to zostało następnie potwierdzone dwukrotnie przez lekarzy badających pacjentkę w szpitalu. Za każdym razem wniosek był ten sam – płód nie ma szans na przeżycie, nie da się go uratować. Przypadek kwalifikuje się do zabiegu legalnej aborcji. Pacjentka zgłosiła wolę przerwania ciąży, gdyż konieczność czekania na obumarcie płodu przed lub tuż po porodzie było dla niej zbyt dużym cierpieniem. W odpowiedzi ona i towarzyszący jej mąż usłyszeli, że zabieg aborcji nie zostanie wykonany, że sami wybrali sobie taką władzę i że powinni poszukać w internecie. Mimo interwencji Biura Rzecznika Praw Pacjenta, szpital nie wykonał zabiegu, a pacjentka była zmuszona podróżować kilkaset kilometrów w poszukiwaniu szpitala, który udzieliłby jej świadczenia zdrowotnego.

Utrudniony dostęp do aborcji mimo występującego zagrożenia życia i zdrowia kobiety w ciąży (Interwencja Federacji):

Młoda kobieta od lat lecząca się psychiatrycznie, wychodząca z nałogów, obciążona wieloma problemami zdrowotnymi, zaszła w niechcianą ciążę. Ciąża stanowiła zagrożenie dla jej zdrowia, ale dla lekarzy nie był to wystarczający argument, mimo wyraźnego sformułowania ustawy z 1993 r.: “Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy: 1) ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej […]”. Lekarze żądali zaświadczenia od lekarza o zagrożeniu dla jej życia. Po wielu trudach w końcu udało się uzyskać takie zaświadczenie – pomocne tu były świadectwa Federacji, że kobieta dzwoniąc do biura groziła, że popełni samobójstwo, jeśli pozostanie w niechcianej ciąży.

Przykład przedłużania procedur w polskich szpitalach w celu uniemożliwienia dostępu do aborcji (Interwencja Federacji):

Młoda kobieta w ciąży zgłosiła się na umówione badania połówkowe. Te się jednak nie odbyły z powodu długich kolejek i opóźnień. Na następne została zapisana dopiero za miesiąc, czyli ok. 22 tygodnia ciąży. Kiedy w końcu do nich doszło, diagnoza była druzgocąca – rozszczep kręgosłupa, wodogłowie i wiele innych wad. Kobiecie zlecono wiele innych badań i konsultacji w innym szpitalu, które trwały tygodniami. W międzyczasie jej stan psychiczny się znacznie pogorszył. Gdy w końcu wypisano ją ze szpitala, a w dokumentacji medycznej wpisano, że nie ma szans na leczenie tak poważnej wady, na aborcję zgodnie z ustawą było za późno. Załamaną kobietę postawiono w sytuacji bez wyjścia. Lekarz, z którym kobieta skonsultowała później swój przypadek skomentował: “Jak można było nie zauważyć takich wad wcześniej?!”.

Fragment książki “Dziewięć rozmów o aborcji” autorstwa K. Romanowskiej i K. Skrzydłowskiej-Kalukin:

“W wyniku badania lekarka wpisuje wielowadzie, wymieniając sporo terminów medycznych i wodogłowie. Patrzy mi w oczy i mówi: >>Ma pani dwóch zdrowych, małych synków, którzy bardzo pani potrzebują. Ja proponuję tylko jedną opcję, wie pani, o czym mówię?<<.

>>O co chodzi?<< – pytam przerażona.
>>Można terminować taką ciążę, ma pani bardzo mało czasu, bo to jest 22. tydzień. Ale zgodnie z prawem może pani to zrobić. Wady są straszne, to nie rokuje życia. Teraz musi pani bardzo uważać, ponieważ wszyscy będą chcieli dodatkowymi badaniami odwlec w czasie waszą decyzję<<.

[…] Idziemy do mojego lekarza prowadzącego – profesora. Opowiadamy o wynikach ostatniego USG. Mówi: >>W Polsce TEGO nikt nie zrobi<<. Nie używa słowa >>terminacja<< czy >>wcześniejszy poród<<, czy nawet >>aborcja<<. Mówił: >>to<<, >>tego<<. >>Państwo nie mają wyjścia, trzeba donosić<< – wyrokuje. Podważa wyniki badania lekarki z poprzedniego dnia. Mówi, że potrzebuje badań referencyjnych. Wychodzimy ze skierowaniem do szpitala. W domu rozmawiamy, zastanawiamy się. Mamy dwa tygodnie do namysłu, teoretycznie terminacja ciąży jest dozwolona do 24. tygodnia. Tymczasem znajoma mojej znajomej opowiada, że terminowała ciążę w specjalnej klinice terminacji ciąży w Holandii. O tym, że jej dziecko jest nieuleczalnie chore, dowiedziała się w 18. tygodniu. W domu miała trójkę dzieci. >>Idzie się do tej kliniki, podejmuje decyzję, ma się tydzień na przemyślenie. I jeżeli nic się nie zmieni, oni wywołują poród. Możesz się pożegnać z dzieckiem, pochować, pomagają ci we wszystkim. Tak po ludzku<< – powiedziała mi. Bardzo mi odpowiada taka opcja, byłoby mi łatwiej wierzyć, że jest to wszystko, co mogę dla Rity zrobić. […] Wieczorem dzwonienie po znajomych. Ktoś nam poleca prenatalne hospicjum dla dzieci. Wchodzę na jego stronę internetową i czytam: >>Kobieta powinna móc podjąć decyzję, czy chce donosić ciążę, która jest śmiertelnie zagrożona, czy chce ją terminować<<. W tym samym czasie rozpętuje się wielkie polityczne piekło: cztery tysiące złotych trumienkowego i inne takie. Obserwuję to z boku. Nie interesuję się polityką, to nie mój prezydent ani premier. Ale te polityczne układy, zastraszanie, piętnowanie lekarzy nagle zaczynają mnie dotyczyć. […]

Jedziemy do hospicjum. Genetyk robi mi USG. Mówi, że jest specjalistą od serca. Serce Rity jest w miarę zdrowe. Przez tydzień wodogłowie bardzo się powiększyło. Genetyk zostawia nitkę nadziei – Rita może żyć, serce bije, ona rośnie. Nie mówi, że wady są śmiertelne. Przypominam sobie wtedy słowa lekarki o odwlekaniu terminu i wysyłaniu na kolejne badania. Genetyk skonsultował się z panią profesor z hospicjum i dochodzą do wniosku, że muszę jednak zrobić amniopunkcję, żeby wiedzieć, czy wady są genetyczne. To byłoby wskazanie do terminacji ciąży zgodnie z prawem, bo wady byłyby letalne. Czuję, że badania mogą dać wynik negatywny, bo przecież wcześniej urodziłam dwójkę zdrowych dzieci. Ale postanawiam je zrobić.

Jedziemy do jednego z większych warszawskich szpitali. USG robi mi lekarka. Dobrze, że kobieta. One mają jednak więcej empatii, nie uciskają tak mocno brzucha, nie traktują jak rzecz. Ordynator wchodzi do gabinetu tylko na chwilę. Patrzy na ekran, pyta, który to tydzień, wychodzi z opuszczoną głową. Paweł powie mi później, że ta wizyta pomogła mu podjąć decyzję. […] Badanie jest bardzo nieprzyjemne, tak jak przypuszczałam. Pobierają mi wody płodowe, a ja ciągle płaczę. Lekarka mówi: >>Bije serce, niech pani posłucha<<. Inny z lekarzy: >>Pani donosi tę ciążę, nie ma żadnych przeciwwskazań, nie odkleja się łożysko, nic się nie dzieje. Dziecku jest tam dobrze, dopóki tam jest, jest bezpieczne. Wady będą się pogłębiać, ale dziecko może się urodzić i żyć<<. Ale jak to – bez mózgu? Przecież nie ma kory mózgowej, wodogłowie jest tak duże, że działa tylko pień mózgu. Ona nigdy nie będzie słyszeć, widzieć, czuć, nigdy nie ruszy nawet palcem. Co to jest za życie? […]

W środę jadę na spotkanie w kościele, by się wyciszyć, podjąć ostateczną decyzję. Przed samym wejściem dzwoni psycholog z hospicjum, rozmawiamy chwilkę. Pytam wprost, czy jeśli podejmiemy decyzję o terminacji, możemy liczyć na pomoc w znalezieniu lekarza, szpitala, psychologa. Słyszę, że jeśli wybieramy łatwiejszy wariant (!!!), to oni nam nie pomogą, bo nie mają takich mocy przerobowych. Mają tyle rodzin, które decydują się na donoszenie ciąży, że to ich pochłania całkowicie. Podziękowałam i rozłączyłam się, zdążyłam jej jeszcze powiedzieć, że to równie trudna decyzja. Dobrze, że wchodziłam do kościoła, bo chyba zaczęłabym wrzeszczeć. Zapominam o tym hospicjum, ci też nam nie pomogą. […] Stawiam się u swojego lekarza prowadzącego, bo muszę mieć skierowanie do szpitala. Mówię, że z własnej woli decyduję się na terminację. Siedzi długo nad druczkiem skierowania i mówi: >>Nie sądzę, aby panią przyjęli<<. Nie daję się wciągnąć w dyskusję. >>Potrzebuję tego skierowania<< – powtarzam. A w myślach: >>Nic więcej od ciebie nie chcę<<. Po pięciu minutach zawieszenia długopisu nad kartką w końcu pisze, że to na moją prośbę.

Jedziemy do szpitala, tego, gdzie rodziłam moich synów, gdzie pracuje personel, któremu ufam. Spakowałam do torby czapeczkę dla Rity. Dostałam ją od dziewczyny, która bardzo się zaangażowała w pomoc nam. Dziś na dyżurze jest ten sam młody lekarz, który przyjmował mnie z bólami i proponował terminację. Mówi, że musi się skonsultować z szefem. Znika na 15 minut. Wraca i mówi, że z moją historią dwóch cesarek wywołanie porodu może trwać dwa tygodnie, że cesarka w ogóle nie wchodzi w grę, bo nie mają nawet chirurga, który podwiązałby mi tętnice udowe i tak dalej. No i brakuje nam jednego dokumentu, że wady są letalne. Zgodnie z ustawą taki dokument musi być. Pytamy, kto w Warszawie jest władny taki dokument wystawić. Padają dwa nazwiska, wybieramy to drugie i jedziemy. Konsultanta krajowego łapiemy między jedną operacją a drugą, w kitlu, w maseczce. Siada z nami w pokoju, patrzy na wyniki. >>Wady nie są letalne, musi pani tę ciążę donosić. Miała pani dwie cesarki, w 37. tygodniu można zrobić cięcie. Jest duże prawdopodobieństwo, że główkę małej trzeba będzie odbarczać przed urodzeniem. Jest już za późno na terminację ciąży<<. Dziękujemy, podajemy sobie ręce na pożegnanie, wychodzimy. Już wiemy, że nikt nam nie pomoże.

Zgłosiłam się do szpitala na badania kontrolne, jak co tydzień. Przyjął mnie bardzo empatyczny lekarz, zaproponował skierowanie do szpitala. Byłam już skrajnie wyczerpana, wielowodzie narastało, niedotlenienie powodowało kolejne powikłania. Zostawiliśmy chłopców pod opieką, nie byłam już w stanie się nimi zajmować. Do szpitala poszłam w poniedziałek, lekarka na izbie przyjęć skonsultowała nasz przypadek z innymi lekarzami. […] W tej chwili mam dwa razy większą objętość wód płodowych niż powinnam mieć. Ledwie chodzę. Jestem kaleką. Nowa lekarka, świetna specjalistka, która pomaga mi w odbarczaniu wód płodowych, powiedziała: >>Pani do tego czasu pęknie<<. Wcześniej dużo pływałam, biegałam, chodziłam po górach. Dzięki temu mam sporą pojemność płuc. Ale teraz czuję, jakbym oddychała przez słomkę, miała astmę. Rita nie przełyka wód płodowych, prawdopodobnie ma zrośnięty przełyk, nie widać żołądka. Tych wód jest coraz więcej. Kiedy się kładę, brakuje mi totalnie powietrza. Po badaniach zawsze trudno mi zasnąć. […] Ustalili, że w środę mija 37 tydzień ciąży i że wtedy zrobimy cesarskie cięcie, bo kolejna amnioredukcja jest bez sensu. Wróciliśmy w środę. Mieliśmy przygotowane pismo z prośbą o niestosowanie uporczywej terapii po urodzeniu. Prosiliśmy o możliwość bycia Pawła na sali operacyjnej. Niestety, w tym szpitalu nie ma takich praktyk. Paweł stał z drugiej strony drzwi. Po rozcięciu mojego olbrzymiego brzucha lekarze skomentowali, że faktycznie miałam ogromne wielowodzie, a ja krzyknęłam, bo to było uczucie, jakby ktoś odkręcił słoik, w którym siedziałam prawie trzy miesiące bez powietrza”.

Udostępnij
Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInPrint this page